wtorek, 19 maja 2009

wtorek, 5 maja 2009

"Przepraszam wielkie pytania za małe odpowiedzi"

Tego dziwnego dnia wleźliśmy na górę. Może nie był to dość znaczący szczyt, jednak wyraźnie odznaczał się w naszym nizinnym życiu. Dobrze przygotowani do wyprawy wchodziliśmy powoli, koncentrując się na każdym kroku - wiedzieliśmy, że każdy z tych chwil już się nie powtórzy. Butelkę otworzyliśmy łatwo, z gracją rozlaliśmy alkohol do szklanek. I wtedy się zaczęło.
Nie... Mam już dość całego tego życia! Czy to wszystko zawsze musi być takie statyczne? Mam wrażenie, że czas pędzi obok mnie, a ja nie potrafię się włączyć do jego nurtu. I właśnie dlatego mam wrażenie, że nie widzę tylu ważnych rzeczy. Te wszystkie istotne chwile, szanse dane przez los - przeminęły. A trzeba zrobić coś wielkiego! Pokazać światu, że istniejemy, że byliśmy, że przeszliśmy przez kilka ścieżek! Wiem, że może się nie udać, ale trzeba przyjąć wyzwanie! Chociaż spróbować...
Słuchałem tego spokojne, z leniwie patrząc w niebo. W taki piękny dzień nikt nie ma się siły na podejmowanie dużych zobowiązań. Ich ciężar tylko spowalnia krok, który co prawda jest wtedy wyraźniejszy ale ile można iść i czuć się przytłoczonym?
Zerwał się wiatr. Nagle zrobiło się nam zimno. Popraw swoją kurtkę, chodźmy stąd. Nasz czas w pobliżu rzeczy nieosiągalnych się skończył. Teraz wracamy w szarą, niespokojną dolinę - aby tam po prostu trwać. Nie patrzymy przed siebie. Nie patrzymy za siebie. Nie patrzymy.

poniedziałek, 4 maja 2009

"Koty są bardziej porywcze od psów"

W świadomości czytelnika najbardziej utkwiła postać Sherlocka Holmesa, czy Herkulesa Poirota. Zazwyczaj nie kojarzymy żadnych innych detektywów z powieści kryminalnej. Cały nurt kryminału amerykańskiego jest jakby zapomniany, a triumfy święci lekko już podstarzały kryminał brytyjski. A szkoda, bo jest to kawał dobrej literatury.
Sam kryminał czarny (czyli amerykański) powstał jakby w opozycji do klasycznego. Różni je w zasadzie wszystko, a łączy jedynie postać detektywa. Cały świat przedstawiony w kryminale czarnym jest mroczny i pełny niebezpieczeństw. Nie odnajdzie się tutaj dobrze ubrany i dystyngowany detektyw, który za pomocą niebywałej inteligencji rozwiąże sprawę. Ten świat wymusza także działanie, sama kontemplacja nie wystarcza. Dlatego też miejsca dobrze ubranego, klasycznie wykształconego Sherlocka Homlesa zajął wyszczekany cwaniaczek jakim jest Philip Marlowe.
Jest to postać stworzona przez Raymonda Chandlera, czołowego twórcy kryminału amerykańskiego. Każda z jego powieści - gdzie główną rolę gra nikt inny jak Marlowe - może stanowić miniaturowe studium tego gatunku. Podobna sytuacja dotyczy "Tajemnicy jeziora". I już na sam początek mam ciekawą anegdotę dotyczącą rynku wydawniczego. "Lady in the Lake" (bo tak brzmi oryginalny tytuł) została wydana jako "Topielica" (chyba Prószyński i S-ka, ale nie jestem pewien) oraz "Tajemnica jeziora" (C&T Toruń, seria "Dobry kryminał"). Obie książki oparte są na tłumaczeniu Zbigniewa Gieniewskiego, ale tytuły mają już różne.
"Tajemnica jeziora" to - jak przystało na solidny kryminał - opowieść z trupem w tle. A nawet z kilkoma trupami. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty Kingsleya w celu odnalezienia zaginionej żony. Sprawa, która wydawała się bardzo prosta z biegiem czasu staje się coraz bardziej skomplikowana. Chandler umiejętnie buduje napięcie wciągając w nurt wydarzeń kolejne postacie. Przyznaję, że rozwiązanie intrygi jest nawet zaskakujące, a powieść Raymonda Chandlera warta przeczytania.
Nawet jeżeli ktoś nie lubi kryminałów to warto chociaż zerknąć na powieści tego autora. Chandlera charakteryzuje bardzo lekki i dowcipny styl pisania. Ponieważ cała narracja jest pierwszoosobowa pasuje on idealnie do postaci detektywa. Nie odczuwamy żadnego dysonansu pomiędzy wycinkiem świata oraz zaprezentowaną postacią. Chandler z łatwością nas przekonuje, że Philp Marlowe, prywatny detektyw, który czasem oberwie jest postacią żywą, a miejsca w których się znajduje mogły istnieć w rzeczywistości.
Każdy kto ma już powyżej uszu wszystkich napuszonych swoją erudycją detektywów, którzy rozwiązują każdą sprawę używają swej niebywałej inteligencji i spostrzegawczości (oczywiście nie ujmując żadnej z tych cech Philipowi) - niech sięgnie po bardzo dynamicznego Chandlera. I nie interesuje mnie opinia "znawców", że kryminał jest kiepski bo nie zajmuje się "sprawami wysokimi". Taką opinię najczęściej wygłaszają ci, którzy kryminału nawet nie trzymali w ręce.

czwartek, 16 kwietnia 2009

"Tworzenie mapy moich ruchów - nieważne jak bardzo tymczasowej"

Istnieją gatunki, które w zbiorowej świadomości, funkcjonują jako niskie i niezdolne do poruszenia tematów "wielkich". Właśnie taka postawa jest charakterystyczna w stosunku do komiku. Kojarzymy go z tematami lekkimi, może z pewną fantastyką - w każdym razie nie jest to dzieło, które traktujemy poważnie.
Okazuje się, że oprócz komiksu, można wyróżnić tzw. "powieść graficzną". Termin wskazuje wyraźnie na flirt słowa z obrazem - czyli komiksu z literaturą. Typowa słowna narracja podkreślana jest za pomocą obrazów, duże wrażenie robią też charakterystyczne pauzy - sam obraz, bez komentarza. Przypomina to raczej sposób realizacji filmów, dostajemy poszczególne kadry, z których składamy cała historię. Właśnie powieścią graficzną (nie komiksem!) jest "Blankets. Pod śnieżną kołderką." autorstwa Craiga Thompsona.
Nieprzypadkowo główny bohater ma na imię Craig. Ta powieść graficzna jest w dużym stopniu autobiografią. Sam autor podkreśla, że została oparta na własnych osobistych przeżyciach, a tylko niektóre postaci i wydarzenia zostały zmodyfikowane. Zaraz po zakończeniu lektury z łatwością możemy wyszukać kilka dominant: 1. historia zagubionego chłopca; 2. nabywanie i utrata wiary; 3. pierwsza miłość; 4. utrata złudzeń. Taki układ wydaję się wręcz banalny i mało pociągający. Zakrawa o "letnią wodę, po której chce się rzygać". Zresztą sam tytuł w pierwszej chwili skojarzył mi się z niedojrzałymi, zagubionymi nastolatkami.
Jednak całe mistrzostwa Craiga polega na niesłychanie wciągającym sposobie narracji. Tą powieść graficzna dosłownie się połyka, ciężko się od niej oderwać. Pomaga w tym, nie tylko pewien uniwersalizm podjętych tematów (w końcu każdy przeżył nieszczęśliwą miłość, lub pamięta bóle dojrzewania) ale właśnie na bardzo specyficznym sposobie przedstawienia. Idealnie konfrontuje narracje słowną z obrazami, świetnie operuje pauzą. Wyraźnie wyczuwa się nieśpieszny rytm, który tylko pomaga uwolnieniu wszystkich emocji zawartych w prostych słowach.
Duże wrażenie robi świetnie wykorzystany topos platońskiej jaskini. Stanowi pewnego rodzaju podkreślenie wszystkich dotychczasowych przeżyć bohatera, a także jest elementem świetnie scalającym historię. Sama powieść wręcz pęka od różnego rodzaju zabiegów metaforycznych, jak chociażby palenie rysunków jako rozstanie się z przeszłością, czy też utrzymanie w podobnym tonie zamalowanie obrazu na ścianie. Bardzo pociąga ciężka atmosfera powieści. Mamy wrażenie narastającego chaosu, wszystkie wydarzenia wręcz się na sobie nadbudowują i podobnie jak główny bohater czujemy się w tym wszystkim zagubieni.
"Blankets. Pod śnieżną kołderką" jest dziełem tylko z pozoru lekkim. Już samo jego przeczytanie wzbudza w człowieku refleksyjny nastrój. To piękna, sentymentalna, naładowana emocjami, a jednocześnie banalna historia, która została po mistrzowsku opowiedziana.

sobota, 11 kwietnia 2009

Krach metafizyczny

Od czasu do czasu rzeczywistość wchodzi w stan kryzysu. Nie mam tutaj na myśli utraty oszczędności, czy też bessy na giełdzie. Raczej stan, w którym wszystko wydaje się ciężkie, a upadek nieunikniony. Niektórzy w dziwny sposób rozsmakowali się w tym stanie.
Krach nie następuje od razu, nie ma w nim nic gwałtownego. Zazwyczaj nie zauważamy jego początku, ale odczuwamy rosnące napięcie. I źródło tego zdenerwowania jest nam całkowicie obce. Nie potrafimy ocenić, czy przychodzi z zewnątrz (w wyniku komplikacji życiowych), czy też jest czysto wewnętrzne (mówi wtedy o rożnego rodzaju smutkach). Wszystko wydaje się mało istotne, pozbawione sensu. Zaczynamy trwać - tak, po prostu, bez celu. Wydaje się nam, że ten stan zawieszenia będzie trwał wiecznie. Właśnie to nas tak denerwuje.
Przesilenie następuje w różnych okresach. Może być powodem wyrzucenia z siebie frustracji, zachwytu nad krajobrazem, czy też lekkiego rozcieńczenia. Ale właśnie wtedy zdajemy sobie sprawę ze swojego stanu. Najistotniejsza jest właśnie ta chwila. W takim momencie - nagłego przebłysku, specyficznej iluminacji - dostrzegamy możliwości wyjścia z zawieszenia. Wydaje się, że łapiemy drugi oddech, widzimy szansę na kolejny ruch. Świat zaczyna nabierać tempa, wszystko staje się odrobinę bardziej dynamiczne - coś zaczyna się dziać. Cały problem polega na tym, aby tej chwili nie przegapić. W przeciwnym razie tylko pogrążamy się w oczekiwaniu, dziwnym stanie "nieistnienia".
Tą iluminacją jest "krach metafizyczny". Moment, w którym przestają obowiązywać dotychczasowe zasady porządkujące naszą rzeczywistość. Nie wychodzimy poza nią, raczej zaczynamy dostrzegać ten ukryty chaos. Zaczyna nas przytłaczać duchowy wymiar świata, zdajemy sobie sprawę z własnych banalnych ograniczeń. Zdanie "porządkujemy tylko mały wycinek rzeczywistości na dodatek w sposób bardzo nietrwały" przez chwilę wydaje nam się prawdą ostateczną. Krach kończy się, gdy podejmiemy trud ponownego uporządkowania. Ale tym razem będziemy świadomi tych kilku, kolejnych ograniczeń.
Być może ciężar świata wydaje nam się niemożliwy do udźwignięcia, ale za to powietrze jest tak niemiłosiernie lekkie.

środa, 8 kwietnia 2009

Kobieta czy idea?

Przyszła wiosna i jak co roku - niestety - moi znajomi, którzy są singlami dostają ewidentnej nerwicy. Nagle zewsząd wyłażą PARY! Nie wiem dlaczego, ale nie widzą ludzi trzymających się za ręce w zimie, dostrzegają ich z początkiem marca. Nawet Walentynki daje się przeżyć, ale wraz z nadejściem 21 marca sytuacja staje się nie do zniesienia. Moi drodzy - Ci ludzie naprawdę chodzą po ulicach cały rok. To nie tak, że wyłażą spod ziemi tylko po to, aby was denerwować. Wydaje mi się, ze problem leży w innym miejscu.
Tym problemem zajmę się od strony męskiej. Z dwóch, banalnych przyczyn. Jest mi to zdecydowanie bliższe oraz mam lepszy materiał poglądowy. Ten błąd popełniają również kobiety. Ale tutaj sytuacja wydaje się zdecydowanie bardziej skomplikowana, ponieważ opiera się na zupełnie innych założeniach. Są one o wiele bardziej pragmatyczne, a powody takiego postępowania bardzo prywatne.
Niektórzy wyraźnie zacierają granice pomiędzy ideą, a kobietą. Są to dwa różne światy, rządzące się swoimi własnymi prawami. Ten drugi dotyka najczęściej świata, z którym stykamy się na co dzień. Przecież mijamy je wszędzie - na ulicy, w autobusach, w parkach, w kawiarniach. Wystarczy wyjść z domu (o ile nie żyjemy na jakimś całkowitym odludziu) i się rozejrzeć. Prędzej, czy później spotkamy jakąś kobietę. Z ideami jest zupełnie inaczej. To przedmioty czysto abstrakcyjne, wyprodukowane przez człowieka. Często mówią o rzeczywistości, ale ciężko je z nią utożsamiać. Nośnikiem idei zawsze był człowiek.
Problem pojawią się, gdy ów singiel idzie na spotkanie. Najczęściej jest niezadowolony ze swojej towarzyszki, po kilku słowach milczy i uznaje ją za zwyczajnie nudną. I człowiek zaczyna się zastawiać "co było nie tak?". Taka ocena dotyka kobiety bardzo sympatyczne, na swój sposób urocze i interesujące - więc co się dzieje? Singiel szedł tam spotkać ideę, a nie kobietę. Nie miał ochoty słuchać tego co ona ma do powiedzenia, nie chciał miło spędzić czasu. Wolał brnąć w różnego rodzaju metafizyczne tematy, które na dłuższą metę jednak wyczerpują człowieka. Rozmowa musi być "o czymś". Niesiony na fali dookreślania wszystkiego pragnie towarzystwo drugiego człowieka obrócić w temat. I na koniec wygłasza jaką przemowę o upadku obyczajów. Po co? Wystarczyło tylko zmienić podejście.
Nie wiem co się stało. Tą tendencję zauważyłem dopiero niedawno i nie potrafię dokładnie określić jej przyczyn. Jeżeli idzie się na spotkanie to siedzisz przede wszystkim z CZŁOWIEKIEM (nie wprowadzając rozróżnień na kobietę i mężczyznę), a więc z jego zainteresowaniami, troskami, marzeniami, pasjami, przeszłością. Krótko mówiąc ze wszystkim co się na daną osobę składa. Jak chcesz przebywać z ideami to otwierasz dowolną książkę. Tam jest ich pełno.
Taka metoda nieuchronnie odbiera kolejne barwy rzeczywistości. Właśnie przez takie kategoryzowanie ("nie można z nią porozmawiać o teorii monad Leibniza, to nie da się z nią rozmawiać w ogóle") na własną prośbę odsuwamy od siebie wiele ciekawych osób. Później się przychodzi i klnie na świat kiedy problem leży zupełnie w innym miejscu.

środa, 1 kwietnia 2009

"I jest konieczność. I nie można inaczej"

Coś ostatnio mnie wzięło na kryminały. Być może wziąłem sobie do serca stwierdzenie Raymonda Chandlera, że jeżeli ktoś nie lubi kryminałów jest zwykłem durniem. I nie usprawiedliwia tego, nawet niebywała inteligencja. Po zapoznaniu się z kryminałem czarnym (w odmianie stosowanej przez Krajewskiego) sięgnąłem po kryminał metafizyczny (czyli po Świetlickiego).
Trzynaście to kolejna odsłona przygód legendarnego Mistrza. Człowieka, który jest, ale na świecie nie istnieje. Nastały dla niego ciężkie czasy. Właściciel Biura, Mango Głowacki, nie żyje, mistrz nie może pić na krechę. Co prawda zdecydowanie ogranicza to jego alkoholowe eskapady, ale jednak brak takiej możliwości przeszkadza. Sytuacja pogarsza się, gdy mistrz znajduje w swoim mieszkaniu zwłoki dziewczyny, powieszonej na smyczy jego psa.
Oczywiście Świetlicki prowadzi swoją narrację w bardzo specyficzny sposób. Nie śpieszy się, pozwala zapaść w przedstawiony świat. Który co prawda jest odrobinę psychodeliczny, ale jednak niezmiernie wciągający. Ten spokojny rytm jest czasem przerywany zwrotami akcji. Tylko wtedy powieść nabiera tempa, przez jej przeważającą większość śledzimy powolne kroki mistrza i podążamy tropem jego rozmyślań.
Ciekawym elementem jest przeniesienie akcji do Warszawy. Oczywiście, tylko na chwilę, mistrz przecież nie potrafi istnieć bez Krakowa. Otrzymujemy w ten sposób obraz człowieka wyrwanego z jego naturalnego środowiska, mistrz wydawał mi się dziwnie zagubiony w Warszawie. Przesiadywał w jednej knajpie i w żaden sposób nie asymilował się w z otoczeniem. Bardzo wyraźnie odstawał od całego otoczenia, stanowił element z innej układanki. Na pewno mistrz może istnieć bez Krakowa, ale tylko warunki krakowskie potrafią utrzymać tą delikatną egzystencję.
Po raz kolejny głównym tematem są uczucia. Ktoś zakochuje się w mistrzu, dopada go pewna stara sprawa. Oczywiście, ten wyłączony z życia człowiek nie zdaje sobie sprawy, z wszystkich wydarzeń. Zdaje się trwać niezmieniony, jakby świat płynął obok niego, jakby wszystko co go spotyka nie dotyczyło jego samego. Nawet jeżeli zostaje włączony w nurt wydarzeń, to daje mu się porwać. Celowo unikam stwierdzenia "bierny", bardziej odpowiednie wydaje mi się "metafizycznie zamknięty".
Do tego najbardziej pospolitego wymiaru rzeczywistości Świetlicki dodaje ogląd głębszy - bo silnie subiektywny. Stworzony z perspektywy obserwatora, człowieka, który z własnej woli rezygnuje z rzeczywistości. Ale nie rezygnuje z życia! Porzucenie swojego obrazu w świecie nie jest śmiercią. Mistrz został w ten sposób wprowadzony na poziom głębszy. Może obserwować nie będąc zamieszanym we wszystkie wydarzenia. To pozawala mu swobodnie snuć przemyślenia, dostrzegać w świecie głębię. A przede wszystkim stanowi całkowite wyzwolenie.
Nie dziwię się, że kryminał metafizyczny nie jest popularny. Ludzie dzisiaj oczekują prostej, mało skomplikowanej fabuły i schematycznych postaci. W jaki sposób mają sobie poradzić z mistrzem, który złamał wszystkie ograniczenia? W żaden.