wtorek, 19 maja 2009

wtorek, 5 maja 2009

"Przepraszam wielkie pytania za małe odpowiedzi"

Tego dziwnego dnia wleźliśmy na górę. Może nie był to dość znaczący szczyt, jednak wyraźnie odznaczał się w naszym nizinnym życiu. Dobrze przygotowani do wyprawy wchodziliśmy powoli, koncentrując się na każdym kroku - wiedzieliśmy, że każdy z tych chwil już się nie powtórzy. Butelkę otworzyliśmy łatwo, z gracją rozlaliśmy alkohol do szklanek. I wtedy się zaczęło.
Nie... Mam już dość całego tego życia! Czy to wszystko zawsze musi być takie statyczne? Mam wrażenie, że czas pędzi obok mnie, a ja nie potrafię się włączyć do jego nurtu. I właśnie dlatego mam wrażenie, że nie widzę tylu ważnych rzeczy. Te wszystkie istotne chwile, szanse dane przez los - przeminęły. A trzeba zrobić coś wielkiego! Pokazać światu, że istniejemy, że byliśmy, że przeszliśmy przez kilka ścieżek! Wiem, że może się nie udać, ale trzeba przyjąć wyzwanie! Chociaż spróbować...
Słuchałem tego spokojne, z leniwie patrząc w niebo. W taki piękny dzień nikt nie ma się siły na podejmowanie dużych zobowiązań. Ich ciężar tylko spowalnia krok, który co prawda jest wtedy wyraźniejszy ale ile można iść i czuć się przytłoczonym?
Zerwał się wiatr. Nagle zrobiło się nam zimno. Popraw swoją kurtkę, chodźmy stąd. Nasz czas w pobliżu rzeczy nieosiągalnych się skończył. Teraz wracamy w szarą, niespokojną dolinę - aby tam po prostu trwać. Nie patrzymy przed siebie. Nie patrzymy za siebie. Nie patrzymy.

poniedziałek, 4 maja 2009

"Koty są bardziej porywcze od psów"

W świadomości czytelnika najbardziej utkwiła postać Sherlocka Holmesa, czy Herkulesa Poirota. Zazwyczaj nie kojarzymy żadnych innych detektywów z powieści kryminalnej. Cały nurt kryminału amerykańskiego jest jakby zapomniany, a triumfy święci lekko już podstarzały kryminał brytyjski. A szkoda, bo jest to kawał dobrej literatury.
Sam kryminał czarny (czyli amerykański) powstał jakby w opozycji do klasycznego. Różni je w zasadzie wszystko, a łączy jedynie postać detektywa. Cały świat przedstawiony w kryminale czarnym jest mroczny i pełny niebezpieczeństw. Nie odnajdzie się tutaj dobrze ubrany i dystyngowany detektyw, który za pomocą niebywałej inteligencji rozwiąże sprawę. Ten świat wymusza także działanie, sama kontemplacja nie wystarcza. Dlatego też miejsca dobrze ubranego, klasycznie wykształconego Sherlocka Homlesa zajął wyszczekany cwaniaczek jakim jest Philip Marlowe.
Jest to postać stworzona przez Raymonda Chandlera, czołowego twórcy kryminału amerykańskiego. Każda z jego powieści - gdzie główną rolę gra nikt inny jak Marlowe - może stanowić miniaturowe studium tego gatunku. Podobna sytuacja dotyczy "Tajemnicy jeziora". I już na sam początek mam ciekawą anegdotę dotyczącą rynku wydawniczego. "Lady in the Lake" (bo tak brzmi oryginalny tytuł) została wydana jako "Topielica" (chyba Prószyński i S-ka, ale nie jestem pewien) oraz "Tajemnica jeziora" (C&T Toruń, seria "Dobry kryminał"). Obie książki oparte są na tłumaczeniu Zbigniewa Gieniewskiego, ale tytuły mają już różne.
"Tajemnica jeziora" to - jak przystało na solidny kryminał - opowieść z trupem w tle. A nawet z kilkoma trupami. Prywatny detektyw Philip Marlowe zostaje wynajęty Kingsleya w celu odnalezienia zaginionej żony. Sprawa, która wydawała się bardzo prosta z biegiem czasu staje się coraz bardziej skomplikowana. Chandler umiejętnie buduje napięcie wciągając w nurt wydarzeń kolejne postacie. Przyznaję, że rozwiązanie intrygi jest nawet zaskakujące, a powieść Raymonda Chandlera warta przeczytania.
Nawet jeżeli ktoś nie lubi kryminałów to warto chociaż zerknąć na powieści tego autora. Chandlera charakteryzuje bardzo lekki i dowcipny styl pisania. Ponieważ cała narracja jest pierwszoosobowa pasuje on idealnie do postaci detektywa. Nie odczuwamy żadnego dysonansu pomiędzy wycinkiem świata oraz zaprezentowaną postacią. Chandler z łatwością nas przekonuje, że Philp Marlowe, prywatny detektyw, który czasem oberwie jest postacią żywą, a miejsca w których się znajduje mogły istnieć w rzeczywistości.
Każdy kto ma już powyżej uszu wszystkich napuszonych swoją erudycją detektywów, którzy rozwiązują każdą sprawę używają swej niebywałej inteligencji i spostrzegawczości (oczywiście nie ujmując żadnej z tych cech Philipowi) - niech sięgnie po bardzo dynamicznego Chandlera. I nie interesuje mnie opinia "znawców", że kryminał jest kiepski bo nie zajmuje się "sprawami wysokimi". Taką opinię najczęściej wygłaszają ci, którzy kryminału nawet nie trzymali w ręce.

czwartek, 16 kwietnia 2009

"Tworzenie mapy moich ruchów - nieważne jak bardzo tymczasowej"

Istnieją gatunki, które w zbiorowej świadomości, funkcjonują jako niskie i niezdolne do poruszenia tematów "wielkich". Właśnie taka postawa jest charakterystyczna w stosunku do komiku. Kojarzymy go z tematami lekkimi, może z pewną fantastyką - w każdym razie nie jest to dzieło, które traktujemy poważnie.
Okazuje się, że oprócz komiksu, można wyróżnić tzw. "powieść graficzną". Termin wskazuje wyraźnie na flirt słowa z obrazem - czyli komiksu z literaturą. Typowa słowna narracja podkreślana jest za pomocą obrazów, duże wrażenie robią też charakterystyczne pauzy - sam obraz, bez komentarza. Przypomina to raczej sposób realizacji filmów, dostajemy poszczególne kadry, z których składamy cała historię. Właśnie powieścią graficzną (nie komiksem!) jest "Blankets. Pod śnieżną kołderką." autorstwa Craiga Thompsona.
Nieprzypadkowo główny bohater ma na imię Craig. Ta powieść graficzna jest w dużym stopniu autobiografią. Sam autor podkreśla, że została oparta na własnych osobistych przeżyciach, a tylko niektóre postaci i wydarzenia zostały zmodyfikowane. Zaraz po zakończeniu lektury z łatwością możemy wyszukać kilka dominant: 1. historia zagubionego chłopca; 2. nabywanie i utrata wiary; 3. pierwsza miłość; 4. utrata złudzeń. Taki układ wydaję się wręcz banalny i mało pociągający. Zakrawa o "letnią wodę, po której chce się rzygać". Zresztą sam tytuł w pierwszej chwili skojarzył mi się z niedojrzałymi, zagubionymi nastolatkami.
Jednak całe mistrzostwa Craiga polega na niesłychanie wciągającym sposobie narracji. Tą powieść graficzna dosłownie się połyka, ciężko się od niej oderwać. Pomaga w tym, nie tylko pewien uniwersalizm podjętych tematów (w końcu każdy przeżył nieszczęśliwą miłość, lub pamięta bóle dojrzewania) ale właśnie na bardzo specyficznym sposobie przedstawienia. Idealnie konfrontuje narracje słowną z obrazami, świetnie operuje pauzą. Wyraźnie wyczuwa się nieśpieszny rytm, który tylko pomaga uwolnieniu wszystkich emocji zawartych w prostych słowach.
Duże wrażenie robi świetnie wykorzystany topos platońskiej jaskini. Stanowi pewnego rodzaju podkreślenie wszystkich dotychczasowych przeżyć bohatera, a także jest elementem świetnie scalającym historię. Sama powieść wręcz pęka od różnego rodzaju zabiegów metaforycznych, jak chociażby palenie rysunków jako rozstanie się z przeszłością, czy też utrzymanie w podobnym tonie zamalowanie obrazu na ścianie. Bardzo pociąga ciężka atmosfera powieści. Mamy wrażenie narastającego chaosu, wszystkie wydarzenia wręcz się na sobie nadbudowują i podobnie jak główny bohater czujemy się w tym wszystkim zagubieni.
"Blankets. Pod śnieżną kołderką" jest dziełem tylko z pozoru lekkim. Już samo jego przeczytanie wzbudza w człowieku refleksyjny nastrój. To piękna, sentymentalna, naładowana emocjami, a jednocześnie banalna historia, która została po mistrzowsku opowiedziana.

sobota, 11 kwietnia 2009

Krach metafizyczny

Od czasu do czasu rzeczywistość wchodzi w stan kryzysu. Nie mam tutaj na myśli utraty oszczędności, czy też bessy na giełdzie. Raczej stan, w którym wszystko wydaje się ciężkie, a upadek nieunikniony. Niektórzy w dziwny sposób rozsmakowali się w tym stanie.
Krach nie następuje od razu, nie ma w nim nic gwałtownego. Zazwyczaj nie zauważamy jego początku, ale odczuwamy rosnące napięcie. I źródło tego zdenerwowania jest nam całkowicie obce. Nie potrafimy ocenić, czy przychodzi z zewnątrz (w wyniku komplikacji życiowych), czy też jest czysto wewnętrzne (mówi wtedy o rożnego rodzaju smutkach). Wszystko wydaje się mało istotne, pozbawione sensu. Zaczynamy trwać - tak, po prostu, bez celu. Wydaje się nam, że ten stan zawieszenia będzie trwał wiecznie. Właśnie to nas tak denerwuje.
Przesilenie następuje w różnych okresach. Może być powodem wyrzucenia z siebie frustracji, zachwytu nad krajobrazem, czy też lekkiego rozcieńczenia. Ale właśnie wtedy zdajemy sobie sprawę ze swojego stanu. Najistotniejsza jest właśnie ta chwila. W takim momencie - nagłego przebłysku, specyficznej iluminacji - dostrzegamy możliwości wyjścia z zawieszenia. Wydaje się, że łapiemy drugi oddech, widzimy szansę na kolejny ruch. Świat zaczyna nabierać tempa, wszystko staje się odrobinę bardziej dynamiczne - coś zaczyna się dziać. Cały problem polega na tym, aby tej chwili nie przegapić. W przeciwnym razie tylko pogrążamy się w oczekiwaniu, dziwnym stanie "nieistnienia".
Tą iluminacją jest "krach metafizyczny". Moment, w którym przestają obowiązywać dotychczasowe zasady porządkujące naszą rzeczywistość. Nie wychodzimy poza nią, raczej zaczynamy dostrzegać ten ukryty chaos. Zaczyna nas przytłaczać duchowy wymiar świata, zdajemy sobie sprawę z własnych banalnych ograniczeń. Zdanie "porządkujemy tylko mały wycinek rzeczywistości na dodatek w sposób bardzo nietrwały" przez chwilę wydaje nam się prawdą ostateczną. Krach kończy się, gdy podejmiemy trud ponownego uporządkowania. Ale tym razem będziemy świadomi tych kilku, kolejnych ograniczeń.
Być może ciężar świata wydaje nam się niemożliwy do udźwignięcia, ale za to powietrze jest tak niemiłosiernie lekkie.

środa, 8 kwietnia 2009

Kobieta czy idea?

Przyszła wiosna i jak co roku - niestety - moi znajomi, którzy są singlami dostają ewidentnej nerwicy. Nagle zewsząd wyłażą PARY! Nie wiem dlaczego, ale nie widzą ludzi trzymających się za ręce w zimie, dostrzegają ich z początkiem marca. Nawet Walentynki daje się przeżyć, ale wraz z nadejściem 21 marca sytuacja staje się nie do zniesienia. Moi drodzy - Ci ludzie naprawdę chodzą po ulicach cały rok. To nie tak, że wyłażą spod ziemi tylko po to, aby was denerwować. Wydaje mi się, ze problem leży w innym miejscu.
Tym problemem zajmę się od strony męskiej. Z dwóch, banalnych przyczyn. Jest mi to zdecydowanie bliższe oraz mam lepszy materiał poglądowy. Ten błąd popełniają również kobiety. Ale tutaj sytuacja wydaje się zdecydowanie bardziej skomplikowana, ponieważ opiera się na zupełnie innych założeniach. Są one o wiele bardziej pragmatyczne, a powody takiego postępowania bardzo prywatne.
Niektórzy wyraźnie zacierają granice pomiędzy ideą, a kobietą. Są to dwa różne światy, rządzące się swoimi własnymi prawami. Ten drugi dotyka najczęściej świata, z którym stykamy się na co dzień. Przecież mijamy je wszędzie - na ulicy, w autobusach, w parkach, w kawiarniach. Wystarczy wyjść z domu (o ile nie żyjemy na jakimś całkowitym odludziu) i się rozejrzeć. Prędzej, czy później spotkamy jakąś kobietę. Z ideami jest zupełnie inaczej. To przedmioty czysto abstrakcyjne, wyprodukowane przez człowieka. Często mówią o rzeczywistości, ale ciężko je z nią utożsamiać. Nośnikiem idei zawsze był człowiek.
Problem pojawią się, gdy ów singiel idzie na spotkanie. Najczęściej jest niezadowolony ze swojej towarzyszki, po kilku słowach milczy i uznaje ją za zwyczajnie nudną. I człowiek zaczyna się zastawiać "co było nie tak?". Taka ocena dotyka kobiety bardzo sympatyczne, na swój sposób urocze i interesujące - więc co się dzieje? Singiel szedł tam spotkać ideę, a nie kobietę. Nie miał ochoty słuchać tego co ona ma do powiedzenia, nie chciał miło spędzić czasu. Wolał brnąć w różnego rodzaju metafizyczne tematy, które na dłuższą metę jednak wyczerpują człowieka. Rozmowa musi być "o czymś". Niesiony na fali dookreślania wszystkiego pragnie towarzystwo drugiego człowieka obrócić w temat. I na koniec wygłasza jaką przemowę o upadku obyczajów. Po co? Wystarczyło tylko zmienić podejście.
Nie wiem co się stało. Tą tendencję zauważyłem dopiero niedawno i nie potrafię dokładnie określić jej przyczyn. Jeżeli idzie się na spotkanie to siedzisz przede wszystkim z CZŁOWIEKIEM (nie wprowadzając rozróżnień na kobietę i mężczyznę), a więc z jego zainteresowaniami, troskami, marzeniami, pasjami, przeszłością. Krótko mówiąc ze wszystkim co się na daną osobę składa. Jak chcesz przebywać z ideami to otwierasz dowolną książkę. Tam jest ich pełno.
Taka metoda nieuchronnie odbiera kolejne barwy rzeczywistości. Właśnie przez takie kategoryzowanie ("nie można z nią porozmawiać o teorii monad Leibniza, to nie da się z nią rozmawiać w ogóle") na własną prośbę odsuwamy od siebie wiele ciekawych osób. Później się przychodzi i klnie na świat kiedy problem leży zupełnie w innym miejscu.

środa, 1 kwietnia 2009

"I jest konieczność. I nie można inaczej"

Coś ostatnio mnie wzięło na kryminały. Być może wziąłem sobie do serca stwierdzenie Raymonda Chandlera, że jeżeli ktoś nie lubi kryminałów jest zwykłem durniem. I nie usprawiedliwia tego, nawet niebywała inteligencja. Po zapoznaniu się z kryminałem czarnym (w odmianie stosowanej przez Krajewskiego) sięgnąłem po kryminał metafizyczny (czyli po Świetlickiego).
Trzynaście to kolejna odsłona przygód legendarnego Mistrza. Człowieka, który jest, ale na świecie nie istnieje. Nastały dla niego ciężkie czasy. Właściciel Biura, Mango Głowacki, nie żyje, mistrz nie może pić na krechę. Co prawda zdecydowanie ogranicza to jego alkoholowe eskapady, ale jednak brak takiej możliwości przeszkadza. Sytuacja pogarsza się, gdy mistrz znajduje w swoim mieszkaniu zwłoki dziewczyny, powieszonej na smyczy jego psa.
Oczywiście Świetlicki prowadzi swoją narrację w bardzo specyficzny sposób. Nie śpieszy się, pozwala zapaść w przedstawiony świat. Który co prawda jest odrobinę psychodeliczny, ale jednak niezmiernie wciągający. Ten spokojny rytm jest czasem przerywany zwrotami akcji. Tylko wtedy powieść nabiera tempa, przez jej przeważającą większość śledzimy powolne kroki mistrza i podążamy tropem jego rozmyślań.
Ciekawym elementem jest przeniesienie akcji do Warszawy. Oczywiście, tylko na chwilę, mistrz przecież nie potrafi istnieć bez Krakowa. Otrzymujemy w ten sposób obraz człowieka wyrwanego z jego naturalnego środowiska, mistrz wydawał mi się dziwnie zagubiony w Warszawie. Przesiadywał w jednej knajpie i w żaden sposób nie asymilował się w z otoczeniem. Bardzo wyraźnie odstawał od całego otoczenia, stanowił element z innej układanki. Na pewno mistrz może istnieć bez Krakowa, ale tylko warunki krakowskie potrafią utrzymać tą delikatną egzystencję.
Po raz kolejny głównym tematem są uczucia. Ktoś zakochuje się w mistrzu, dopada go pewna stara sprawa. Oczywiście, ten wyłączony z życia człowiek nie zdaje sobie sprawy, z wszystkich wydarzeń. Zdaje się trwać niezmieniony, jakby świat płynął obok niego, jakby wszystko co go spotyka nie dotyczyło jego samego. Nawet jeżeli zostaje włączony w nurt wydarzeń, to daje mu się porwać. Celowo unikam stwierdzenia "bierny", bardziej odpowiednie wydaje mi się "metafizycznie zamknięty".
Do tego najbardziej pospolitego wymiaru rzeczywistości Świetlicki dodaje ogląd głębszy - bo silnie subiektywny. Stworzony z perspektywy obserwatora, człowieka, który z własnej woli rezygnuje z rzeczywistości. Ale nie rezygnuje z życia! Porzucenie swojego obrazu w świecie nie jest śmiercią. Mistrz został w ten sposób wprowadzony na poziom głębszy. Może obserwować nie będąc zamieszanym we wszystkie wydarzenia. To pozawala mu swobodnie snuć przemyślenia, dostrzegać w świecie głębię. A przede wszystkim stanowi całkowite wyzwolenie.
Nie dziwię się, że kryminał metafizyczny nie jest popularny. Ludzie dzisiaj oczekują prostej, mało skomplikowanej fabuły i schematycznych postaci. W jaki sposób mają sobie poradzić z mistrzem, który złamał wszystkie ograniczenia? W żaden.

środa, 25 marca 2009

Mijamy się...

Powoli zaczyna mnie nużyc ta opowieść... Snujesz ją za każdym razem, gdy się spotkamy. Zaczynasz jak zawsze od rzeczy codziennych, opowiadasz mi swój dzień. Ale później zaczynasz tak dziwnie i niepokojąca patrzeć i wtedy, wtedy zaczynasz opowiadać te swoje sny.
Od kilku tygodni nie słyszę nic innego. Nie mam pojęcia co tym razem zalęgło się w twojej chorej głowie. Wybacz, ale przestało mnie to interesować. Gdzieś za czwartym, albo piątym razem zwyczajnie mnie zanudziło! Bo ileż można słuchać o tym, że się miniecie. Na pewno się miniecie.
Jak ty to zaczynasz? Ach tak! Wyobraźmy sobie prostą sytuację - pociąg. W przedziale siedzą trzy osoby. Starsza pani od dłuższego czasu nie interesuje się współpasażerami. Najwyraźniej uznała ich za wystarczająco przyzwoitych, albo niegodnych jej złotych rad. Teraz spokojnie czyta gazetę. Nawet nie spoglądają na siebie. Tak bardzo są wpatrzeni w okno. Nic tylko uciekający krajobraz, drzewa, domy, mosty. Wszystkie takie niepewne, zawieszone w próżni codzienności. Powoli cały świat zwęża się do jednego małego przedziału, jeszcze chwila a te kilka metrów stanie się obrazem całej rzeczywistości. Wstała, nawet nie poprawiła letniej sukienki. Był to ruch nie tyle gwałtowny, co domagający się zauważenia. W sposób narzucający się wyszła z przedziału. Chciała, aby patrzył, aby widział jak ona wychodzi. O dziwo, zdobył się na ten jakże pełen patosu i desperacki gest: wybiegł za nią, aby jeszcze na chwilę uchwycić jej obraz. Tam nie było nikogo, w głuchej ciszy odbijał się rytmiczny stuk pociągu. Krajobraz przesuwał się przed oknem, pani starsza pogrążała się w popołudniowej drzemce. Wszystko teraz stało się tak bardzo codzienne i szare, i nawet słońce świeciło słabiej.
Przedstawiłeś mi różne wariacje tej opowieści. Czasem trzymałeś ją za rękę, rozstawaliście się z uśmiechem. Innym razem żegnałeś ją na stacji, tym przelotnym, zostającym w pamięci spojrzeniem. Jednak zawsze się mijaliście, a jeżeli nawet w snach wam nie po drodze, to co dopiero w rzeczywistości?
Gdy to piszę to dochodzę do wniosku, że też bym się bał. Że się z nią minę, a ona nawet nie zauważy tego przelotnego spojrzenia...

niedziela, 22 marca 2009

A cały świat jest jedną, wielką iluzją...

Okropny frazes w tytule, całkowicie bez polotu, jedna wielka oczywistość, o której nie trzeba wspominać. Ale jednak nie zastanawiamy się nad tym często. Pewna zapomniana nauka, którą zajmują się ludzie światu zbędni, rozwiązuje problem różnie. Raz odwołuje się do postrzeżeń, innym razem mówi o ideach, albo rozbija świat na sztucznie stworzone byty. Bo i filozofia jest iluzją - iluzją wiedzy. Już ktoś to kiedyś stwierdził.
Tworzymy własną rzeczywistość na każdym kroku. I nie jest to właściwość ludzi psychicznie chorych, ale każdy z nas posługuje się pewnym zestawem iluzji. Nie dostrzegamy ich, stanowią dla nas prawdy absolutnie, nie do podważenia. Odgradzają nas od niebezpieczniej prawdy, rzeczywistości, ale jednocześnie delikatnie ten obraz naginają. Podobny stan obserwujemy w deszczowy dzień, wystarczy tylko popatrzeć przez szybę.
Człowiek nie jest istotą zdolną do życia w niepewności. Dlatego też, mamy tendencję do uzupełniania kontekstu. Dodajemy pewne elementy, rozszerzając kontekst - przez to deformujemy poprzedni sens, jaki niosło ze sobą wydarzenie, ale zyskujemy coś pewnego, dotykalnego. Albo rzecz na taką wyglądająca. Wszystkie iluzje to najprostsze dopełnienia rzeczywistości.
Pomagają nam żyć, w zasadzie to dzięki nim wszyscy nie powariowaliśmy. Problem leży w świadomości. Na pierwszy rzut oka, to bez znaczenia czy ktoś jest świadomy istnienia przekłamań, czy nie - i tak w nich żyje. Z tym, że niekoniecznie. Świadomość pozwala kontrolować te dodatkowe sensy, widzimy ich istnienie, znamy podłoże. Moment utraty złudzeń nie jest już tak bolesny, szybko się podnosimy. Ten schizofreniczny stan może okazać się zdrowszy, od pełen integracji z dopowiedzianymi sensami. Bo co się stanie z człowiekiem, kiedy zanegujemy cała rzeczywistość, którą od podstaw stworzył? Zginie, zniknie? A może zostanie skazany na ponowne poszukiwania? Niektórzy tego boją się bardziej, niż samej śmierci.
To wszystko i tak jest bez znaczenia. Nic się nie poradzi na to, że nasze życie przypomina balansowanie na piłce, najczęściej nad przepaścią. Prędzej czy później każdy upadnie, ale od nas zależy czy lot będzie przyjemny.

sobota, 28 lutego 2009

Zbyt mało czasu...

To nie tak, że nagle zaczęło nam brakować czasu. Po prostu chcemy upchnąć jak najwięcej czynności w najkrótszym odcinku. A gdy to się nam nie udaj, gdy przytłoczeni wszystkimi zbędnymi obowiązkami siadamy na fotelu, z przerażaniem na twarzy stwierdzamy: Co ja robię? Przecież mam tak mało czasu!
Dajemy się zwariować i wciągnąć w wir wydarzeń, które nie dość że wcale nie muszą nas dotyczyć to jeszcze nic w naszym życiu nie zmieniają. Po prostu są, mają zapychać każdą wolną chwilę - bo przecież czas trzeba odpowiednio wykorzystać. Już sama retoryka wskazuje na produkcyjne traktowanie czasu ("odpowiedni zarządzać czasem"). Jakoś nigdy nie wydawało nam się dziwne zarządzenie czymś, co w żaden sposób nie jest uchwytne. Ale skoro wszyscy to robią - to my też powinniśmy. Inaczej będziemy w tyle.
Tak naprawdę nie mamy ani za dużo, ani za mało czasu. Mamy go dokładnie tyle ile potrzebujemy - ani mniej, ani więcej. Problem jest jeden: należy go odpowiednio wykorzystać. Ale nie w taki typowy nowoczesny sposób: dając się wciągnąć w nieprzerwany cykl obowiązków, które nas tylko przytłaczają. Pozbądźmy się wszystkich wymuszonych zobowiązań, a uzyskany w ten sposób czas wykorzystajmy na zwykły odpoczynek. Usiąść na fotelu i przy dobrej muzyce patrzeć się w ścianę.
Skąd wiem, że wykorzystujemy czas dobrze? Bo jego upływ jest przyjemny. To tak jakby przesypywać piasek przez palce, ale odczuwa się to całym sobą.

wtorek, 24 lutego 2009

"Życie jest ordynarnie nieskomplikowane"

I udało mi się przeczytać "Dwanaście" Świetlickiego. Powieść dziwną, specyficzną - skonstruowaną w bardzo charakterystyczny sposób. Pełną niedookreśleń, dziur które musi zapełnić czytelnik. A wszystko, cały świat kręci się wokół jeden postaci - Mistrza.
Dawno nie spotkałem tak świetnie wykreowanej postaci. Co możemy o nim powiedzieć? W zasadzie nic konkretnego. Wiemy, że "spuchł, utył i posiwiał", był gwiazdą kina dziecięcego - i nic więcej. Nie posiada prawa jazdy, dowodu osobistego, telefonu. Ma tylko mieszkanie, kilka ulubionych krakowskich knajp i Sukę. Odbieramy go jako człowieka widmo, który jest dookreślany jedynie przez Kraków i relacje z innymi. To właśnie od postaci drugoplanowych (o ile tak można je nazwać) dowiadujemy się czegoś o mistrzu. Narrator ogranicza swoje opisy do absolutnego minimum. Nie zmienia to faktu, że jak na bohatera (samozwańczego detektywa) kryminału jest to postać nietypowa.
Po oderwaniu Mistrza od Krakowa, czy też wyrzucenia go poza krąg przyjaciół - nie pozostaje nic, tylko kilka sensów, które absolutnie niczego nie potwierdzają. Dlatego też cały świat wydaje się naciskać na Mistrza, jakby go przytłacza. Bohater bierze udział w wydarzeniach, które są mu narzucane przez sytuacje, w których się znalazł. Jest nieustanny więźniem kontekstu - zdaje sobie z niego sprawę i nie potrafi się do niego dostosować, ale też go przełamać. Właśnie dlatego daje się wplątać (wbrew jego woli) w kryminalną intrygę. I to co miało być wielkim powrotem Mistrza okazuje się tragiczną historią, która nie przynosi mu za dużo sławy.
Oto człowiek całkowicie nie przystosowany do życia w jakimkolwiek społeczeństwie. Nie potrafi wchodzić w relacje, ani ich utrzymywać. Wydaje się bardzo samotny, chociaż ciągle przebywa w otoczeniu innych ludzi. Jednak cały czas walczy, daje podświadomy opór rzeczywistości. Siła Mistrza nie polega na niesamowitym, lotnym umyśle (jak u Holmesa) czy też charakterystycznym cwaniactwie bohatera kina "noir" (jak u Bogharta) - cała tajemnica leży w najzwyklejszym przyzwyczajeniu się do życia. Pomimo upływu lat, pomimo wielu niepowodzeń nie możemy uznać go uznać za człowieka przegranego. Raczej kogoś, kto wybrał życie na uboczu, odnalazł się w nim i nie zamieni go na nic innego. Czy to od razu musi być tragedia? Nie. Czy można żyć jako człowiek widmo? W literaturze - jak najbardziej.
W "Dwanaście" nie znajdziemy ciężkich metafizycznych rozważań głównego bohatera. To raczej historia krzywdy wyrządzonej drugiemu człowiekowi, tragedii która kogoś dotknęła oraz zemsty, z której ciężko zrezygnować. A wszystko z perspektywy człowieka, którego nigdy byśmy nie zauważyli - Mistrza.

niedziela, 15 lutego 2009

Oczywistości

Ludzie czasem proszą o rzeczy bardzo oczywiste. Takie, które nie wymagają potwierdzenia. Nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek mogło się zepsuć, czy też zmienić. Jednak prosi się, chce się wymusić jedno proste przyrzeczenie: obiecuję, że nic się nie zmieni.
Nie potrafię zrozumieć dlaczego w ludzkich duszach kiełkuje taka potrzeba. Czasem wystarczyłoby rozejrzeć się, przeanalizować całą sytuację i już wszystko stałoby się oczywiste. Bez udziału jakichkolwiek słów. Ale nie ufamy własnym przeczuciom, wolimy aby wszystko zostało powiedziane, wyartykułowane. W przeciwnym razie jest odczuwamy pewną niepewność, niedosyt sytuacji. Rodzi się w nas prosta wątpliwość: A co jeżeli... I to tak nas zatruwa, zżera od środka. Najpierw takie niewinne zdanie, jakieś wahanie. Później zaczynamy doszukiwać się oznak rozpadu relacji, oczywiście je znajdujemy. Nagle chcemy walczyć, o miłość/przyjaźń (niepotrzebne skreślić), nawet nie zauważamy, że ta walka jest zbędna. Uderzamy w naszych najbliższych w imię relacji ważniejszych, czasem dla ich dobra. Dlatego lepiej zapytać, o to co wyrazić można w ciszy.
To co przemilczymy czasem, więcej mówi niż wszystkie wypowiedziane słowa. Ale skazuje na wątpliwości. Nie wiemy dokładnie w jakim stanie są nasze relacje, na jakim poziomie się znajdują - możemy je tylko odczuwać jako takie, albo inne. Współczesny świat nie lubi emocji, woli trzymać się zasad twardych i niepodważalnych. Wypieramy milczenie, pozbywamy się tej uczuciowej huśtawki, stajemy na twardym gruncie. Wydaje się nam, że teraz jest już wszystko jasne, na pewno nic zmieni. Zostało przecież wypowiedziane, przyrzeczone! A przysięga dana bliskiej osobie zobowiązuje nas dwukrotnie! I tak ginie w nas intymność, wypieramy z relacji ten piękny, barwny świat emocji. W zamian za co? Za pytania o rzeczy oczywiste.
Zapomnieliśmy o czymś, o takiej jednej bardzo istotnej sprawie. Słowa mają dziwną tendencję, lubią wskazywać na rzeczy, którymi nie są - lubią kłamać. Cisza, która pozbawiona jest twardej, materialnej egzystencji kłamać nie może. To co zostaje przemilczane pomiędzy dwoma osobami, nieraz znaczy więcej niż wszystkie słowa, które do tej pory wypowiedzieli.

piątek, 13 lutego 2009

"My nie marzniemy"

Jacek Dukaj jest autorem, które prozę można uznać za bardzo specyficzną i bardzo nierówną. Przykładem niech będzie zbiór opowiadań "W kraju niewiernych", gdzie obok znakomitych i porywających nowel pojawiają się rzeczy niesłychanie nudne i niespójne. W książkach "Inne pieśni" oraz "Czarne oceany" sytuacja jest bardzo podobna. Co prawda wykreowany przez pisarza świat porywa, ale miejscami narracja wydaje się pisana na siłę, bez pomysłu. Wykorzystywana we wszystkich dziełach terminologia naukowa z jednej strony fascynuje ale zdarza się, że utrudnia odbiór. Człowiek najzwyczajniej w świecie zapomina co znaczyły poszczególne skróty i się gubi. Jak jest z grubym (bo mających trochę ponad tysiąc stron) "Lodem"?
Moim zdaniem jest to najlepsza książka Dukaja. Będzie miał spory problem z napisaniem czegoś lepszego, po prostu to dzieło jest rewelacyjne. Autorowi udało się stworzyć niesamowicie barwnych bohaterów (wystarczy wspomnieć panią Jelenę, czy kogokolwiek z TranSibu) oraz piękny, mroczny świat. Książka jednym słowem wciąga, wpada się w charakterystyczny rytm narracji, który hipnotyzuje, chcemy się dowiedzieć co będzie dalej. I co najważniejsze, koniec nie rozczarowuje. Miałem wrażenie, że tekst jest przemyślany od początku do końca. Wszystkie wydarzenia układają się w całość, a powracający na końcu bohaterowie stanowią bardzo ciekawy akcent.
Sam świat w "Lodzie" jest skuty lodem, na Ziemi pojawiają się lute, które zamrażają wszystko. A Benedykt Gierosławski, syn syberyjskiego zesłańca wyrusza, aby stawić czoła wszechograniającej zimie. Brzmi trywialnie, prawda? Dukaj radzi sobie z tym tematem wręcz mistrzowsko. Otrzymujemy świat mroczny, skrywający wiele tajemnic. To tylko potęguje zagrożenie, które otacza głównego bohatera, a jednoczeście dodaje powieści niebywałego uroku. Autor wykorzystuje w książce różne konwencje. Znajdziemy w niej elementy powieści politycznej/szpiergowskiej, kryminału, fantastyki oraz dobrego romansu. Oprócz tego w tekst zostają wplecione rozważania filozoficzne na temat historii, Boga, czy też człowieka. Krótko mówiać "Lód" to dzieło wielkie, które nie każdy pisarz potrafi napisać.
Sama fabuła pokazuje nam rozwój głównej postaci, która stopniowo staje się coraz bardziej wyrazista. Na początku nic nie znaczący matematyk zajmujący się logiką, a na końcu człowiek, od którego woli będzie zależał bieg historii. Reazlizacja bardzo znanego programu "od zera do bohatera", ale ukazana w bardzo ciekawy sposób. Dukaj koncentruje się głównie na wewnętrznych przemyśleniach głównego bohatera. Każdy wybór jest analizowany, każda decyzja oglądana z każdej strony. A co najważniejsze wszystko odbija się echem w psychice postaci! Nie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie główny bohater pozostaje na zewnątrz świata przedstawionego. On w nim uczestniczy, wszystko co się dzieje jakoś na niego wpływa.
Dlatego też "Lód" traktuję jako powieść, która mówi o rozwoju człowieka. Nie tylko o jego upadku, ale też o sposobie w jaki się podnosi. Może odstręczać mroczny charakter powieści, mogą zrażac wszystkie filozoficzne wywody, ale tą książkę każdy zapamięta na długo.

piątek, 6 lutego 2009

Barwy?

Od pewnego czasu słyszę tylko jeden przymiotnik dostawiany do wszelkich możliwych rzeczowników. Gdzie człowiek nie pójdzie tam szary dzień, szare życie, szara codzienność. A jak już się tego nasłuchasz to okazuje się, że nawet księżyc stracił coś ze swojego blasku.
Zauważyłem, że w jakiś sposób martwi mnie takie podejście. Z jednej strony jest to takie próżne oczekiwanie, że coś się zmieni, że nagle będzie kolorowo. Człowiek siedzi w oknie, patrzy na podwórze - a wokół wszystkie takie smutne i szary, takie bardzo znajomy, wszystko się już opatrzyło. Stąd ta wszechogarniająca szarzyzna - z przyzwyczajenia. Nic człowieka nie zaskakuje, wszystko wydaje się takie oczywiste, takie pozbawione barw. Tutaj problem stanowi nasz własny stosunek do świata. Bo kolor, barwa, piękno - to nie rodzi się na zewnątrz. Każdy z tych elementów powstaje w oczach patrzącego. W tym indywidualnym odbiciu świata, kwiatu, człowieka - piękno i kolor pojawiają się w naszych prywatnych spostrzeżeniach.
Kiedy jeszcze świat zostaje wyprany z kolorów? Druga sprawa to w pełni świadoma rezygnacja z dostrzegania barw. Stajemy się nieczuli na ich obecność, nie zauważamy ich a nawet ignorujemy. Pędzimy przez świat nie patrząc pod nogi. Bo co to za różnica, czy zdepczemy kwiat czy człowieka? I w tej pogoni zatracamy poczucie siebie, a przez to rzecz taka naturalną - zatracamy poczucie piękna otaczającego nas świata. Nie chcemy patrzeć wokół, nie chcemy patrzeć pod nogi, liczy się tylko cel. Kiedyś stanie się on tak samo szary jak nasze życie.
Bo aby dostrzec piękno świata musimy je najpierw znaleźć w sobie. Dopiero później z łatwością zauważamy je wszędzie, gdzie tylko spojrzymy. Niestety, taka zmiana wymaga czegoś co można nazwać z jednej strony poświęceniem, z innej ucieczką, a z jeszcze innej rezygnacją. Trzeba zwolnić tempo. Niech na trzydzieści szybkich uderzeń serca przypada jedno - głośne. Niech na trzydzieści płytkich oddech przypada jeden - głęboki. Niech na trzydzieści szybkich kroków przypada jeden - w którym zdążymy się rozejrzeć po całym świecie.
Nie pędź tak. W biegu można łatwo połamać sobie nogi. A i człowiek wydaje się wtedy taki słaby i niepewny własnych, szybkich, urwanych kroków.

niedziela, 25 stycznia 2009

Lekko i nierozważnie

Wszelkiego rodzaju romanse się rodzą, się dzieją. Nie ma na to wpływu żadna ze stron, po prostu zaczynają się dziać dziwne rzeczy, których w żaden sensowny sposób nie da się wytłumaczyć. Dostosowujemy się do sytuacji, która pojawiła się nagle i narzuca się nam z wielką siłą.
Wszystko zaczyna się niepozornie. Od spojrzeń, lekkich uśmiechów, rozmów prowadzących donikąd. Siedzimy i rozmawiamy w towarzystwie innych osób. Temat jest mało ważny, istotne jest to aby mówić. Bo na początku dziwnie boimy się ciszy. Przeczuwamy, że składają się na nią rzeczy nie wypowiedziane, przemilczane - takie, których czas bezpowrotnie minął.
I tak się do siebie zbliżamy. Lekkie muśniecie dłoni, pocieszanie, dajemy wsparcie jeszcze obcej nam osobie. Powoli zdobywamy zaufanie, wierzymy i zwierzamy się. Pojawiają się komplementy, rzucane lekko, to od niechcenia. Widzimy oboje co się dzieje, stojąc przed lustrem, patrząc sobie w oczy mówimy: "Nie dopuszczę do tego, aby coś się stało". A kiedy jesteśmy razem zapominamy o naszych lustrzanych przysięgach i dajemy się porwać dziwnej fali. Romans "się dzieje", "się wydarza".
Niespodziewanie zdajemy sobie sprawę, że zabrnęliśmy już zbyt daleko. Stajemy się więźniami sytuacji, która po prostu na nas spadła. Nie wiemy co robić, bo jedno zawsze może wiele stracić. Brakuje nam odwagi, aby podjąć ryzyko. Brakuje nam sił, aby udawać, że nic się nie stało. I znowu rzecz dziwna - decyzja podejmuje się sama, bez naszego udziału. Ktoś wypowiada słowa, w które nie wierzy. Zgadzamy się na to kłamstwo, próbujemy oszukać los. Będziemy to powtarzali tak długo, aż uwierzymy: "Nic się nie stało. Każdemu się może zdarzyć". A gdy już wrócimy do domów będziemy długo myśleć, dlaczego tak się stało. Gdzieś w głębi duszy będziemy na siebie czekać, będziemy wracać do tej drobnej pomyłki. I może się spotkamy - za rok, może za kilka lat. Nie będziemy już tymi samymi ludźmi, sytuacja będzie całkiem inna. Oby wtedy starczyło nam odwagi.
Dłoń położona na dłoni - tak lekko i nierozważnie. Piękny uśmiech - tak lekko i nierozważnie. Jak dzieci. Nabroiliśmy.

sobota, 17 stycznia 2009

My - kapłani sztuki!

Ostatnio wśród moich znajomych odżył stary, dobry dekadentyzm. Może się to wydawać bardzo dziwne. Ani nie mamy końca epoki (to było osiem lat temu, trochę się spóźnili), ani nie dzieje się nic takiego co by wskazywało na koniec świata (nasi bracia ze wschodu zakręcili gaz, ale im to też się nie opłaca). W takim razie co spowodowało takie nagłe odrodzenie dekadentyzmu? Dlaczego niektórzy z moich znajomych każą zwać się dekadentami?
To, co obserwuję nie ma nic wspólnego z nurtem artystycznym jakim był modernizm, czy też Młoda Polska. Jest to najzwyklejsza poza, nie ma w tym nic poza zwykła maską. Cel jest prosty: jakoś wytłumaczyć swoje życiowe nieudacznictwo. Najczęściej pozę "dekadenta" zaczęli przyjmować ludzie, którzy po prostu przestali sobie radzić z życiem. Ale nie dlatego, że nie są w stanie podjąć wyzwania, nie dlatego, że nie mają siły rzucić się życie. Wycofują się ze zwykłego lenistwa.
Człowiek w życiu zazwyczaj kieruje się jakimiś ideałami, czy też marzeniami. Moi "dekadenci" mówią: po co nam ideały? Przecież to nie ma sensu! - i zakładają bezradnie ręce. Oto przykład ludzi, którzy wykorzystują formułę, którą podsuwa im historia tylko po to, aby nic nie robić. Dni spędzają na zamartwianiu się, pisaniu smutnych wierszy czy też oddają się marzeniom. Przyświeca im jeden cel - nic nie robić ze swoim życiem.
Co ciekawe, kiedy wyraźnie uświadomi im się owy letarg wzruszają ramionami. Nie chcą widzieć, żadnej innej alternatywy. Z braku chęci, nieudolności i ogólnego braku odwagi uczynili podstawowe wytyczne. Czują się bezpiecznie w takim gniazdku, które co prawda nie jest ich ale zapewnia pewne schronienie. Jedyne pocieszenie ma dawać im sztuka. Cały dowcip polega na tym, że w żaden sposób jej nie rozumieją. Stanowią typowy przykład biernej recepcji, przyjmują gotowe poglądy. Widać to po specyficznej metodzie dowodzenia: opierają się na hasłach kluczach, pomimo tego, że nie potrafią ich wyjaśnić.
Ostatnio na sztandar wciągnęli słowa: "Dla ludu chleba potrzeba, nie sztuki, a jak będzie miał chleb, to sam sobie drogę znajdzie." i teraz czują się lepsi od reszty świata. Tylko dlaczego tak bardzo swoją retoryką przypominają emo?

wtorek, 13 stycznia 2009

"Jestem jako kwiat polny na twej mogile. Zdepcą mnie ludzie, matko!"

Ten cytat pochodzi z pięknej modernistycznej powieść jaką jest "Próchno" Wacława Berenta. Znajdziemy w niej nie tylko piękne, impresjonistyczne opisy miasta, czy też głębokie rozważania bohaterów - ta powieść to przede wszystkim opis tragedii jaka przydarzyła się niektórym ludziom. A mam na myśli artystów.
Samego Berenta możemy uznać za ofiarę sztuki. Bo jak inaczej nazwać człowieka, który zaciera wszelkie ślady mówiąc, że mają o nim mówić tylko jego dzieła? Są ludzie, którzy okrzykną go szaleńcem, nieleczonym schizofrenikiem ale w takim rozumieniu dostrzegamy tylko jedną płaszczyznę. Nie chcę się zajmować konkretnie Berenetem, interesuje mnie raczej pewien ogół, jakaś średnia. W oczy rzuca się następująca prawidłowość: człowiek zajmujący się sztuką najczęściej ma problemy psychiczne, a niektórym udało się wylądować w zakładzie zamkniętym.
Dzieje się tak ponieważ artystę cechuje szczególnego rodzaju wrażliwość. Istotne jest to, że przeżywają rzeczywistość inaczej. Świadomie rezygnuję, ze stwierdzenia "głębiej". Wskazuje ono na nadwrażliwość, którą rozumiem jako obsesyjne doszukiwanie się głębi w rzeczywistości. Każde zdarzenie, każdy element świata urasta wtedy do rangi symbolu i automatycznie niesie ze sobą nowe znaczenia. Nie jest to stan zdrowy.
Pisanie, czy jakakolwiek inna twórczość, wynika właśnie z nagromadzenia przemyśleń, które powstają w wyniku refleksyjnego przeżywania świata. Rzeczywistość staje się bardzo subiektywna, bywa że jest wytworem umysłu artysty. I właśnie tutaj leży problem - twórca najczęściej dostosowuje rzeczywistość do własnych potrzeb. A takie zachowanie to najzwyklejsze pogwałcenie norm, które obowiązują w danej kulturze. Człowiek ma się dopasować - to nadrzędna idea każdego społeczeństwa. Wszelkie niezależne manifestacje są marginalizowanie i określane jako zachowania "nienormalne". Jedyną alternatywą, aby żyć i nie udusić się w sobie jest wyrzucenie swoich uczuć. Ale niestety czasem to nie wystarcza. Człowiek łamie się w sobie, zapada w coraz większe szaleństwo. Ktoś kto poświęca się sztuce staje się jej ofiarą. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie czy warto.
Zresztą szaleństwo nie dotyka tylko pisarzy. Literatura notuje przynajmniej jeden przypadek czytelnika, któremu pomieszała się rzeczywistość z fikcją.

poniedziałek, 12 stycznia 2009

Porozmawiaj ze mną...

Najlepszą metodą, żeby komuś dogryźć nie jest obrażanie go, poniżanie przy znajomych, różnego rodzaju plotki - to działa, ale na naprawdę małą skalę. Co jest najbardziej efektywne? Ignorowanie drugiej osoby. Powód sam się znajdzie, może być nawet najbłahszy albo całkowicie absurdalny. Dobrze jest później robić minę ciężko obrażonego człowieka i unosić się dumą. To jest najskuteczniejsza metoda, że kogoś do siebie zniechęcić i zdenerwować!
Co ciekawe z upodobaniem stosują ją... KOBIETY! Tak, tak! A przecież to one tak bardzo cierpią, kiedy mężczyzna z nimi nie rozmawia, nie dzieli się swoimi problemami, przecież to w ich przyjacielskich relacjach najważniejszy jest DIALOG. Drogie Panie - podejrzewałem was o najróżniejsze przekręty, ale taka hipokryzja to już jest przesada! Najbardziej przypadła mi do gustu metoda "następnego dnia". Możemy się spotykać, rozmawiać i nagle TRACH! pewnego pięknego dnia udajemy, że się nie znamy. Mało tego! Zaczynamy się traktować jakbyśmy byli zbudowani z powietrza!
Która z was nie rozmawiając z kimś przechodziła obok niego jakby był niewidzialny? Albo w ogóle ignorowała jego obecność? Prawdę mówiąc: każda! I proszę nie udowadniajcie mi swojej racji stosując takie argumenty jak: "bo kobieta może zmienić zdanie", "po prostu nie zauważyłeś co się stało", "to typowe dla mężczyzn, nie rozumieć aluzji". Nagłe zerwanie kontaktu to dla mnie naprawdę metafora ósmego stopnia - możemy ją zrozumieć tylko w transie, który jest wynikiem trzy miesięcznej głodówki. To nie jest żadna aluzja, to po prostu zachowanie na poziomie szkoły podstawowej. Człowiek nie wie, co się stało, co się dzieje, ani nawet dlaczego. Takie postawienie kogoś pod murem, na który w żaden sposób nie można się wspiąć. Chcecie zerwać z kimś kontakt? To mu to powiedzcie prosto w twarz! Pokażcie jakie jesteście twarde wy wyzwolone, niezależne kobiety! Bo na razie udowadniacie, że brakuje wam sporej ilości taktu.
Szczytem bezczelności (i pewnie kolejną metaforą ósmego stopnia, w końcu jestem zwykłym FACETEM nie zrozumiem tego) jest milczenie kiedy ktoś już chce porozmawiać. Nie pozostaje nic innego jak pogratulować dorosłości...