sobota, 28 lutego 2009

Zbyt mało czasu...

To nie tak, że nagle zaczęło nam brakować czasu. Po prostu chcemy upchnąć jak najwięcej czynności w najkrótszym odcinku. A gdy to się nam nie udaj, gdy przytłoczeni wszystkimi zbędnymi obowiązkami siadamy na fotelu, z przerażaniem na twarzy stwierdzamy: Co ja robię? Przecież mam tak mało czasu!
Dajemy się zwariować i wciągnąć w wir wydarzeń, które nie dość że wcale nie muszą nas dotyczyć to jeszcze nic w naszym życiu nie zmieniają. Po prostu są, mają zapychać każdą wolną chwilę - bo przecież czas trzeba odpowiednio wykorzystać. Już sama retoryka wskazuje na produkcyjne traktowanie czasu ("odpowiedni zarządzać czasem"). Jakoś nigdy nie wydawało nam się dziwne zarządzenie czymś, co w żaden sposób nie jest uchwytne. Ale skoro wszyscy to robią - to my też powinniśmy. Inaczej będziemy w tyle.
Tak naprawdę nie mamy ani za dużo, ani za mało czasu. Mamy go dokładnie tyle ile potrzebujemy - ani mniej, ani więcej. Problem jest jeden: należy go odpowiednio wykorzystać. Ale nie w taki typowy nowoczesny sposób: dając się wciągnąć w nieprzerwany cykl obowiązków, które nas tylko przytłaczają. Pozbądźmy się wszystkich wymuszonych zobowiązań, a uzyskany w ten sposób czas wykorzystajmy na zwykły odpoczynek. Usiąść na fotelu i przy dobrej muzyce patrzeć się w ścianę.
Skąd wiem, że wykorzystujemy czas dobrze? Bo jego upływ jest przyjemny. To tak jakby przesypywać piasek przez palce, ale odczuwa się to całym sobą.

wtorek, 24 lutego 2009

"Życie jest ordynarnie nieskomplikowane"

I udało mi się przeczytać "Dwanaście" Świetlickiego. Powieść dziwną, specyficzną - skonstruowaną w bardzo charakterystyczny sposób. Pełną niedookreśleń, dziur które musi zapełnić czytelnik. A wszystko, cały świat kręci się wokół jeden postaci - Mistrza.
Dawno nie spotkałem tak świetnie wykreowanej postaci. Co możemy o nim powiedzieć? W zasadzie nic konkretnego. Wiemy, że "spuchł, utył i posiwiał", był gwiazdą kina dziecięcego - i nic więcej. Nie posiada prawa jazdy, dowodu osobistego, telefonu. Ma tylko mieszkanie, kilka ulubionych krakowskich knajp i Sukę. Odbieramy go jako człowieka widmo, który jest dookreślany jedynie przez Kraków i relacje z innymi. To właśnie od postaci drugoplanowych (o ile tak można je nazwać) dowiadujemy się czegoś o mistrzu. Narrator ogranicza swoje opisy do absolutnego minimum. Nie zmienia to faktu, że jak na bohatera (samozwańczego detektywa) kryminału jest to postać nietypowa.
Po oderwaniu Mistrza od Krakowa, czy też wyrzucenia go poza krąg przyjaciół - nie pozostaje nic, tylko kilka sensów, które absolutnie niczego nie potwierdzają. Dlatego też cały świat wydaje się naciskać na Mistrza, jakby go przytłacza. Bohater bierze udział w wydarzeniach, które są mu narzucane przez sytuacje, w których się znalazł. Jest nieustanny więźniem kontekstu - zdaje sobie z niego sprawę i nie potrafi się do niego dostosować, ale też go przełamać. Właśnie dlatego daje się wplątać (wbrew jego woli) w kryminalną intrygę. I to co miało być wielkim powrotem Mistrza okazuje się tragiczną historią, która nie przynosi mu za dużo sławy.
Oto człowiek całkowicie nie przystosowany do życia w jakimkolwiek społeczeństwie. Nie potrafi wchodzić w relacje, ani ich utrzymywać. Wydaje się bardzo samotny, chociaż ciągle przebywa w otoczeniu innych ludzi. Jednak cały czas walczy, daje podświadomy opór rzeczywistości. Siła Mistrza nie polega na niesamowitym, lotnym umyśle (jak u Holmesa) czy też charakterystycznym cwaniactwie bohatera kina "noir" (jak u Bogharta) - cała tajemnica leży w najzwyklejszym przyzwyczajeniu się do życia. Pomimo upływu lat, pomimo wielu niepowodzeń nie możemy uznać go uznać za człowieka przegranego. Raczej kogoś, kto wybrał życie na uboczu, odnalazł się w nim i nie zamieni go na nic innego. Czy to od razu musi być tragedia? Nie. Czy można żyć jako człowiek widmo? W literaturze - jak najbardziej.
W "Dwanaście" nie znajdziemy ciężkich metafizycznych rozważań głównego bohatera. To raczej historia krzywdy wyrządzonej drugiemu człowiekowi, tragedii która kogoś dotknęła oraz zemsty, z której ciężko zrezygnować. A wszystko z perspektywy człowieka, którego nigdy byśmy nie zauważyli - Mistrza.

niedziela, 15 lutego 2009

Oczywistości

Ludzie czasem proszą o rzeczy bardzo oczywiste. Takie, które nie wymagają potwierdzenia. Nic nie wskazuje na to, aby cokolwiek mogło się zepsuć, czy też zmienić. Jednak prosi się, chce się wymusić jedno proste przyrzeczenie: obiecuję, że nic się nie zmieni.
Nie potrafię zrozumieć dlaczego w ludzkich duszach kiełkuje taka potrzeba. Czasem wystarczyłoby rozejrzeć się, przeanalizować całą sytuację i już wszystko stałoby się oczywiste. Bez udziału jakichkolwiek słów. Ale nie ufamy własnym przeczuciom, wolimy aby wszystko zostało powiedziane, wyartykułowane. W przeciwnym razie jest odczuwamy pewną niepewność, niedosyt sytuacji. Rodzi się w nas prosta wątpliwość: A co jeżeli... I to tak nas zatruwa, zżera od środka. Najpierw takie niewinne zdanie, jakieś wahanie. Później zaczynamy doszukiwać się oznak rozpadu relacji, oczywiście je znajdujemy. Nagle chcemy walczyć, o miłość/przyjaźń (niepotrzebne skreślić), nawet nie zauważamy, że ta walka jest zbędna. Uderzamy w naszych najbliższych w imię relacji ważniejszych, czasem dla ich dobra. Dlatego lepiej zapytać, o to co wyrazić można w ciszy.
To co przemilczymy czasem, więcej mówi niż wszystkie wypowiedziane słowa. Ale skazuje na wątpliwości. Nie wiemy dokładnie w jakim stanie są nasze relacje, na jakim poziomie się znajdują - możemy je tylko odczuwać jako takie, albo inne. Współczesny świat nie lubi emocji, woli trzymać się zasad twardych i niepodważalnych. Wypieramy milczenie, pozbywamy się tej uczuciowej huśtawki, stajemy na twardym gruncie. Wydaje się nam, że teraz jest już wszystko jasne, na pewno nic zmieni. Zostało przecież wypowiedziane, przyrzeczone! A przysięga dana bliskiej osobie zobowiązuje nas dwukrotnie! I tak ginie w nas intymność, wypieramy z relacji ten piękny, barwny świat emocji. W zamian za co? Za pytania o rzeczy oczywiste.
Zapomnieliśmy o czymś, o takiej jednej bardzo istotnej sprawie. Słowa mają dziwną tendencję, lubią wskazywać na rzeczy, którymi nie są - lubią kłamać. Cisza, która pozbawiona jest twardej, materialnej egzystencji kłamać nie może. To co zostaje przemilczane pomiędzy dwoma osobami, nieraz znaczy więcej niż wszystkie słowa, które do tej pory wypowiedzieli.

piątek, 13 lutego 2009

"My nie marzniemy"

Jacek Dukaj jest autorem, które prozę można uznać za bardzo specyficzną i bardzo nierówną. Przykładem niech będzie zbiór opowiadań "W kraju niewiernych", gdzie obok znakomitych i porywających nowel pojawiają się rzeczy niesłychanie nudne i niespójne. W książkach "Inne pieśni" oraz "Czarne oceany" sytuacja jest bardzo podobna. Co prawda wykreowany przez pisarza świat porywa, ale miejscami narracja wydaje się pisana na siłę, bez pomysłu. Wykorzystywana we wszystkich dziełach terminologia naukowa z jednej strony fascynuje ale zdarza się, że utrudnia odbiór. Człowiek najzwyczajniej w świecie zapomina co znaczyły poszczególne skróty i się gubi. Jak jest z grubym (bo mających trochę ponad tysiąc stron) "Lodem"?
Moim zdaniem jest to najlepsza książka Dukaja. Będzie miał spory problem z napisaniem czegoś lepszego, po prostu to dzieło jest rewelacyjne. Autorowi udało się stworzyć niesamowicie barwnych bohaterów (wystarczy wspomnieć panią Jelenę, czy kogokolwiek z TranSibu) oraz piękny, mroczny świat. Książka jednym słowem wciąga, wpada się w charakterystyczny rytm narracji, który hipnotyzuje, chcemy się dowiedzieć co będzie dalej. I co najważniejsze, koniec nie rozczarowuje. Miałem wrażenie, że tekst jest przemyślany od początku do końca. Wszystkie wydarzenia układają się w całość, a powracający na końcu bohaterowie stanowią bardzo ciekawy akcent.
Sam świat w "Lodzie" jest skuty lodem, na Ziemi pojawiają się lute, które zamrażają wszystko. A Benedykt Gierosławski, syn syberyjskiego zesłańca wyrusza, aby stawić czoła wszechograniającej zimie. Brzmi trywialnie, prawda? Dukaj radzi sobie z tym tematem wręcz mistrzowsko. Otrzymujemy świat mroczny, skrywający wiele tajemnic. To tylko potęguje zagrożenie, które otacza głównego bohatera, a jednoczeście dodaje powieści niebywałego uroku. Autor wykorzystuje w książce różne konwencje. Znajdziemy w niej elementy powieści politycznej/szpiergowskiej, kryminału, fantastyki oraz dobrego romansu. Oprócz tego w tekst zostają wplecione rozważania filozoficzne na temat historii, Boga, czy też człowieka. Krótko mówiać "Lód" to dzieło wielkie, które nie każdy pisarz potrafi napisać.
Sama fabuła pokazuje nam rozwój głównej postaci, która stopniowo staje się coraz bardziej wyrazista. Na początku nic nie znaczący matematyk zajmujący się logiką, a na końcu człowiek, od którego woli będzie zależał bieg historii. Reazlizacja bardzo znanego programu "od zera do bohatera", ale ukazana w bardzo ciekawy sposób. Dukaj koncentruje się głównie na wewnętrznych przemyśleniach głównego bohatera. Każdy wybór jest analizowany, każda decyzja oglądana z każdej strony. A co najważniejsze wszystko odbija się echem w psychice postaci! Nie mamy do czynienia z sytuacją, gdzie główny bohater pozostaje na zewnątrz świata przedstawionego. On w nim uczestniczy, wszystko co się dzieje jakoś na niego wpływa.
Dlatego też "Lód" traktuję jako powieść, która mówi o rozwoju człowieka. Nie tylko o jego upadku, ale też o sposobie w jaki się podnosi. Może odstręczać mroczny charakter powieści, mogą zrażac wszystkie filozoficzne wywody, ale tą książkę każdy zapamięta na długo.

piątek, 6 lutego 2009

Barwy?

Od pewnego czasu słyszę tylko jeden przymiotnik dostawiany do wszelkich możliwych rzeczowników. Gdzie człowiek nie pójdzie tam szary dzień, szare życie, szara codzienność. A jak już się tego nasłuchasz to okazuje się, że nawet księżyc stracił coś ze swojego blasku.
Zauważyłem, że w jakiś sposób martwi mnie takie podejście. Z jednej strony jest to takie próżne oczekiwanie, że coś się zmieni, że nagle będzie kolorowo. Człowiek siedzi w oknie, patrzy na podwórze - a wokół wszystkie takie smutne i szary, takie bardzo znajomy, wszystko się już opatrzyło. Stąd ta wszechogarniająca szarzyzna - z przyzwyczajenia. Nic człowieka nie zaskakuje, wszystko wydaje się takie oczywiste, takie pozbawione barw. Tutaj problem stanowi nasz własny stosunek do świata. Bo kolor, barwa, piękno - to nie rodzi się na zewnątrz. Każdy z tych elementów powstaje w oczach patrzącego. W tym indywidualnym odbiciu świata, kwiatu, człowieka - piękno i kolor pojawiają się w naszych prywatnych spostrzeżeniach.
Kiedy jeszcze świat zostaje wyprany z kolorów? Druga sprawa to w pełni świadoma rezygnacja z dostrzegania barw. Stajemy się nieczuli na ich obecność, nie zauważamy ich a nawet ignorujemy. Pędzimy przez świat nie patrząc pod nogi. Bo co to za różnica, czy zdepczemy kwiat czy człowieka? I w tej pogoni zatracamy poczucie siebie, a przez to rzecz taka naturalną - zatracamy poczucie piękna otaczającego nas świata. Nie chcemy patrzeć wokół, nie chcemy patrzeć pod nogi, liczy się tylko cel. Kiedyś stanie się on tak samo szary jak nasze życie.
Bo aby dostrzec piękno świata musimy je najpierw znaleźć w sobie. Dopiero później z łatwością zauważamy je wszędzie, gdzie tylko spojrzymy. Niestety, taka zmiana wymaga czegoś co można nazwać z jednej strony poświęceniem, z innej ucieczką, a z jeszcze innej rezygnacją. Trzeba zwolnić tempo. Niech na trzydzieści szybkich uderzeń serca przypada jedno - głośne. Niech na trzydzieści płytkich oddech przypada jeden - głęboki. Niech na trzydzieści szybkich kroków przypada jeden - w którym zdążymy się rozejrzeć po całym świecie.
Nie pędź tak. W biegu można łatwo połamać sobie nogi. A i człowiek wydaje się wtedy taki słaby i niepewny własnych, szybkich, urwanych kroków.