Wszelkiego rodzaju romanse się rodzą, się dzieją. Nie ma na to wpływu żadna ze stron, po prostu zaczynają się dziać dziwne rzeczy, których w żaden sensowny sposób nie da się wytłumaczyć. Dostosowujemy się do sytuacji, która pojawiła się nagle i narzuca się nam z wielką siłą.
Wszystko zaczyna się niepozornie. Od spojrzeń, lekkich uśmiechów, rozmów prowadzących donikąd. Siedzimy i rozmawiamy w towarzystwie innych osób. Temat jest mało ważny, istotne jest to aby mówić. Bo na początku dziwnie boimy się ciszy. Przeczuwamy, że składają się na nią rzeczy nie wypowiedziane, przemilczane - takie, których czas bezpowrotnie minął.
I tak się do siebie zbliżamy. Lekkie muśniecie dłoni, pocieszanie, dajemy wsparcie jeszcze obcej nam osobie. Powoli zdobywamy zaufanie, wierzymy i zwierzamy się. Pojawiają się komplementy, rzucane lekko, to od niechcenia. Widzimy oboje co się dzieje, stojąc przed lustrem, patrząc sobie w oczy mówimy: "Nie dopuszczę do tego, aby coś się stało". A kiedy jesteśmy razem zapominamy o naszych lustrzanych przysięgach i dajemy się porwać dziwnej fali. Romans "się dzieje", "się wydarza".
Niespodziewanie zdajemy sobie sprawę, że zabrnęliśmy już zbyt daleko. Stajemy się więźniami sytuacji, która po prostu na nas spadła. Nie wiemy co robić, bo jedno zawsze może wiele stracić. Brakuje nam odwagi, aby podjąć ryzyko. Brakuje nam sił, aby udawać, że nic się nie stało. I znowu rzecz dziwna - decyzja podejmuje się sama, bez naszego udziału. Ktoś wypowiada słowa, w które nie wierzy. Zgadzamy się na to kłamstwo, próbujemy oszukać los. Będziemy to powtarzali tak długo, aż uwierzymy: "Nic się nie stało. Każdemu się może zdarzyć". A gdy już wrócimy do domów będziemy długo myśleć, dlaczego tak się stało. Gdzieś w głębi duszy będziemy na siebie czekać, będziemy wracać do tej drobnej pomyłki. I może się spotkamy - za rok, może za kilka lat. Nie będziemy już tymi samymi ludźmi, sytuacja będzie całkiem inna. Oby wtedy starczyło nam odwagi.
Dłoń położona na dłoni - tak lekko i nierozważnie. Piękny uśmiech - tak lekko i nierozważnie. Jak dzieci. Nabroiliśmy.
Ludzie cierpią na dziwną cywilizacyjną chorobę, którą możemy nazwać "notoryczny brak finezji". Brak nazwy łacińskiej wynika z całkowitej ignorancji autora bloga. Najdziwniejsze w tym wszystkim jest to, że brak wyrafinowania zaczął dotykać damską część społeczeństwa. I to ze zdwojoną siłą! Uparliście się, żeby pozbawić ten świat wszystkich kolorów? A proszę bardzo! Tylko nie przychodźcie do mnie i nie płaczcie, że stał się taki szary...
niedziela, 25 stycznia 2009
sobota, 17 stycznia 2009
My - kapłani sztuki!
Ostatnio wśród moich znajomych odżył stary, dobry dekadentyzm. Może się to wydawać bardzo dziwne. Ani nie mamy końca epoki (to było osiem lat temu, trochę się spóźnili), ani nie dzieje się nic takiego co by wskazywało na koniec świata (nasi bracia ze wschodu zakręcili gaz, ale im to też się nie opłaca). W takim razie co spowodowało takie nagłe odrodzenie dekadentyzmu? Dlaczego niektórzy z moich znajomych każą zwać się dekadentami?
To, co obserwuję nie ma nic wspólnego z nurtem artystycznym jakim był modernizm, czy też Młoda Polska. Jest to najzwyklejsza poza, nie ma w tym nic poza zwykła maską. Cel jest prosty: jakoś wytłumaczyć swoje życiowe nieudacznictwo. Najczęściej pozę "dekadenta" zaczęli przyjmować ludzie, którzy po prostu przestali sobie radzić z życiem. Ale nie dlatego, że nie są w stanie podjąć wyzwania, nie dlatego, że nie mają siły rzucić się życie. Wycofują się ze zwykłego lenistwa.
Człowiek w życiu zazwyczaj kieruje się jakimiś ideałami, czy też marzeniami. Moi "dekadenci" mówią: po co nam ideały? Przecież to nie ma sensu! - i zakładają bezradnie ręce. Oto przykład ludzi, którzy wykorzystują formułę, którą podsuwa im historia tylko po to, aby nic nie robić. Dni spędzają na zamartwianiu się, pisaniu smutnych wierszy czy też oddają się marzeniom. Przyświeca im jeden cel - nic nie robić ze swoim życiem.
Co ciekawe, kiedy wyraźnie uświadomi im się owy letarg wzruszają ramionami. Nie chcą widzieć, żadnej innej alternatywy. Z braku chęci, nieudolności i ogólnego braku odwagi uczynili podstawowe wytyczne. Czują się bezpiecznie w takim gniazdku, które co prawda nie jest ich ale zapewnia pewne schronienie. Jedyne pocieszenie ma dawać im sztuka. Cały dowcip polega na tym, że w żaden sposób jej nie rozumieją. Stanowią typowy przykład biernej recepcji, przyjmują gotowe poglądy. Widać to po specyficznej metodzie dowodzenia: opierają się na hasłach kluczach, pomimo tego, że nie potrafią ich wyjaśnić.
Ostatnio na sztandar wciągnęli słowa: "Dla ludu chleba potrzeba, nie sztuki, a jak będzie miał chleb, to sam sobie drogę znajdzie." i teraz czują się lepsi od reszty świata. Tylko dlaczego tak bardzo swoją retoryką przypominają emo?
To, co obserwuję nie ma nic wspólnego z nurtem artystycznym jakim był modernizm, czy też Młoda Polska. Jest to najzwyklejsza poza, nie ma w tym nic poza zwykła maską. Cel jest prosty: jakoś wytłumaczyć swoje życiowe nieudacznictwo. Najczęściej pozę "dekadenta" zaczęli przyjmować ludzie, którzy po prostu przestali sobie radzić z życiem. Ale nie dlatego, że nie są w stanie podjąć wyzwania, nie dlatego, że nie mają siły rzucić się życie. Wycofują się ze zwykłego lenistwa.
Człowiek w życiu zazwyczaj kieruje się jakimiś ideałami, czy też marzeniami. Moi "dekadenci" mówią: po co nam ideały? Przecież to nie ma sensu! - i zakładają bezradnie ręce. Oto przykład ludzi, którzy wykorzystują formułę, którą podsuwa im historia tylko po to, aby nic nie robić. Dni spędzają na zamartwianiu się, pisaniu smutnych wierszy czy też oddają się marzeniom. Przyświeca im jeden cel - nic nie robić ze swoim życiem.
Co ciekawe, kiedy wyraźnie uświadomi im się owy letarg wzruszają ramionami. Nie chcą widzieć, żadnej innej alternatywy. Z braku chęci, nieudolności i ogólnego braku odwagi uczynili podstawowe wytyczne. Czują się bezpiecznie w takim gniazdku, które co prawda nie jest ich ale zapewnia pewne schronienie. Jedyne pocieszenie ma dawać im sztuka. Cały dowcip polega na tym, że w żaden sposób jej nie rozumieją. Stanowią typowy przykład biernej recepcji, przyjmują gotowe poglądy. Widać to po specyficznej metodzie dowodzenia: opierają się na hasłach kluczach, pomimo tego, że nie potrafią ich wyjaśnić.
Ostatnio na sztandar wciągnęli słowa: "Dla ludu chleba potrzeba, nie sztuki, a jak będzie miał chleb, to sam sobie drogę znajdzie." i teraz czują się lepsi od reszty świata. Tylko dlaczego tak bardzo swoją retoryką przypominają emo?
wtorek, 13 stycznia 2009
"Jestem jako kwiat polny na twej mogile. Zdepcą mnie ludzie, matko!"
Ten cytat pochodzi z pięknej modernistycznej powieść jaką jest "Próchno" Wacława Berenta. Znajdziemy w niej nie tylko piękne, impresjonistyczne opisy miasta, czy też głębokie rozważania bohaterów - ta powieść to przede wszystkim opis tragedii jaka przydarzyła się niektórym ludziom. A mam na myśli artystów.
Samego Berenta możemy uznać za ofiarę sztuki. Bo jak inaczej nazwać człowieka, który zaciera wszelkie ślady mówiąc, że mają o nim mówić tylko jego dzieła? Są ludzie, którzy okrzykną go szaleńcem, nieleczonym schizofrenikiem ale w takim rozumieniu dostrzegamy tylko jedną płaszczyznę. Nie chcę się zajmować konkretnie Berenetem, interesuje mnie raczej pewien ogół, jakaś średnia. W oczy rzuca się następująca prawidłowość: człowiek zajmujący się sztuką najczęściej ma problemy psychiczne, a niektórym udało się wylądować w zakładzie zamkniętym.
Dzieje się tak ponieważ artystę cechuje szczególnego rodzaju wrażliwość. Istotne jest to, że przeżywają rzeczywistość inaczej. Świadomie rezygnuję, ze stwierdzenia "głębiej". Wskazuje ono na nadwrażliwość, którą rozumiem jako obsesyjne doszukiwanie się głębi w rzeczywistości. Każde zdarzenie, każdy element świata urasta wtedy do rangi symbolu i automatycznie niesie ze sobą nowe znaczenia. Nie jest to stan zdrowy.
Pisanie, czy jakakolwiek inna twórczość, wynika właśnie z nagromadzenia przemyśleń, które powstają w wyniku refleksyjnego przeżywania świata. Rzeczywistość staje się bardzo subiektywna, bywa że jest wytworem umysłu artysty. I właśnie tutaj leży problem - twórca najczęściej dostosowuje rzeczywistość do własnych potrzeb. A takie zachowanie to najzwyklejsze pogwałcenie norm, które obowiązują w danej kulturze. Człowiek ma się dopasować - to nadrzędna idea każdego społeczeństwa. Wszelkie niezależne manifestacje są marginalizowanie i określane jako zachowania "nienormalne". Jedyną alternatywą, aby żyć i nie udusić się w sobie jest wyrzucenie swoich uczuć. Ale niestety czasem to nie wystarcza. Człowiek łamie się w sobie, zapada w coraz większe szaleństwo. Ktoś kto poświęca się sztuce staje się jej ofiarą. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie czy warto.
Zresztą szaleństwo nie dotyka tylko pisarzy. Literatura notuje przynajmniej jeden przypadek czytelnika, któremu pomieszała się rzeczywistość z fikcją.
Samego Berenta możemy uznać za ofiarę sztuki. Bo jak inaczej nazwać człowieka, który zaciera wszelkie ślady mówiąc, że mają o nim mówić tylko jego dzieła? Są ludzie, którzy okrzykną go szaleńcem, nieleczonym schizofrenikiem ale w takim rozumieniu dostrzegamy tylko jedną płaszczyznę. Nie chcę się zajmować konkretnie Berenetem, interesuje mnie raczej pewien ogół, jakaś średnia. W oczy rzuca się następująca prawidłowość: człowiek zajmujący się sztuką najczęściej ma problemy psychiczne, a niektórym udało się wylądować w zakładzie zamkniętym.
Dzieje się tak ponieważ artystę cechuje szczególnego rodzaju wrażliwość. Istotne jest to, że przeżywają rzeczywistość inaczej. Świadomie rezygnuję, ze stwierdzenia "głębiej". Wskazuje ono na nadwrażliwość, którą rozumiem jako obsesyjne doszukiwanie się głębi w rzeczywistości. Każde zdarzenie, każdy element świata urasta wtedy do rangi symbolu i automatycznie niesie ze sobą nowe znaczenia. Nie jest to stan zdrowy.
Pisanie, czy jakakolwiek inna twórczość, wynika właśnie z nagromadzenia przemyśleń, które powstają w wyniku refleksyjnego przeżywania świata. Rzeczywistość staje się bardzo subiektywna, bywa że jest wytworem umysłu artysty. I właśnie tutaj leży problem - twórca najczęściej dostosowuje rzeczywistość do własnych potrzeb. A takie zachowanie to najzwyklejsze pogwałcenie norm, które obowiązują w danej kulturze. Człowiek ma się dopasować - to nadrzędna idea każdego społeczeństwa. Wszelkie niezależne manifestacje są marginalizowanie i określane jako zachowania "nienormalne". Jedyną alternatywą, aby żyć i nie udusić się w sobie jest wyrzucenie swoich uczuć. Ale niestety czasem to nie wystarcza. Człowiek łamie się w sobie, zapada w coraz większe szaleństwo. Ktoś kto poświęca się sztuce staje się jej ofiarą. Sami odpowiedzcie sobie na pytanie czy warto.
Zresztą szaleństwo nie dotyka tylko pisarzy. Literatura notuje przynajmniej jeden przypadek czytelnika, któremu pomieszała się rzeczywistość z fikcją.
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Porozmawiaj ze mną...
Najlepszą metodą, żeby komuś dogryźć nie jest obrażanie go, poniżanie przy znajomych, różnego rodzaju plotki - to działa, ale na naprawdę małą skalę. Co jest najbardziej efektywne? Ignorowanie drugiej osoby. Powód sam się znajdzie, może być nawet najbłahszy albo całkowicie absurdalny. Dobrze jest później robić minę ciężko obrażonego człowieka i unosić się dumą. To jest najskuteczniejsza metoda, że kogoś do siebie zniechęcić i zdenerwować!
Co ciekawe z upodobaniem stosują ją... KOBIETY! Tak, tak! A przecież to one tak bardzo cierpią, kiedy mężczyzna z nimi nie rozmawia, nie dzieli się swoimi problemami, przecież to w ich przyjacielskich relacjach najważniejszy jest DIALOG. Drogie Panie - podejrzewałem was o najróżniejsze przekręty, ale taka hipokryzja to już jest przesada! Najbardziej przypadła mi do gustu metoda "następnego dnia". Możemy się spotykać, rozmawiać i nagle TRACH! pewnego pięknego dnia udajemy, że się nie znamy. Mało tego! Zaczynamy się traktować jakbyśmy byli zbudowani z powietrza!
Która z was nie rozmawiając z kimś przechodziła obok niego jakby był niewidzialny? Albo w ogóle ignorowała jego obecność? Prawdę mówiąc: każda! I proszę nie udowadniajcie mi swojej racji stosując takie argumenty jak: "bo kobieta może zmienić zdanie", "po prostu nie zauważyłeś co się stało", "to typowe dla mężczyzn, nie rozumieć aluzji". Nagłe zerwanie kontaktu to dla mnie naprawdę metafora ósmego stopnia - możemy ją zrozumieć tylko w transie, który jest wynikiem trzy miesięcznej głodówki. To nie jest żadna aluzja, to po prostu zachowanie na poziomie szkoły podstawowej. Człowiek nie wie, co się stało, co się dzieje, ani nawet dlaczego. Takie postawienie kogoś pod murem, na który w żaden sposób nie można się wspiąć. Chcecie zerwać z kimś kontakt? To mu to powiedzcie prosto w twarz! Pokażcie jakie jesteście twarde wy wyzwolone, niezależne kobiety! Bo na razie udowadniacie, że brakuje wam sporej ilości taktu.
Szczytem bezczelności (i pewnie kolejną metaforą ósmego stopnia, w końcu jestem zwykłym FACETEM nie zrozumiem tego) jest milczenie kiedy ktoś już chce porozmawiać. Nie pozostaje nic innego jak pogratulować dorosłości...
Co ciekawe z upodobaniem stosują ją... KOBIETY! Tak, tak! A przecież to one tak bardzo cierpią, kiedy mężczyzna z nimi nie rozmawia, nie dzieli się swoimi problemami, przecież to w ich przyjacielskich relacjach najważniejszy jest DIALOG. Drogie Panie - podejrzewałem was o najróżniejsze przekręty, ale taka hipokryzja to już jest przesada! Najbardziej przypadła mi do gustu metoda "następnego dnia". Możemy się spotykać, rozmawiać i nagle TRACH! pewnego pięknego dnia udajemy, że się nie znamy. Mało tego! Zaczynamy się traktować jakbyśmy byli zbudowani z powietrza!
Która z was nie rozmawiając z kimś przechodziła obok niego jakby był niewidzialny? Albo w ogóle ignorowała jego obecność? Prawdę mówiąc: każda! I proszę nie udowadniajcie mi swojej racji stosując takie argumenty jak: "bo kobieta może zmienić zdanie", "po prostu nie zauważyłeś co się stało", "to typowe dla mężczyzn, nie rozumieć aluzji". Nagłe zerwanie kontaktu to dla mnie naprawdę metafora ósmego stopnia - możemy ją zrozumieć tylko w transie, który jest wynikiem trzy miesięcznej głodówki. To nie jest żadna aluzja, to po prostu zachowanie na poziomie szkoły podstawowej. Człowiek nie wie, co się stało, co się dzieje, ani nawet dlaczego. Takie postawienie kogoś pod murem, na który w żaden sposób nie można się wspiąć. Chcecie zerwać z kimś kontakt? To mu to powiedzcie prosto w twarz! Pokażcie jakie jesteście twarde wy wyzwolone, niezależne kobiety! Bo na razie udowadniacie, że brakuje wam sporej ilości taktu.
Szczytem bezczelności (i pewnie kolejną metaforą ósmego stopnia, w końcu jestem zwykłym FACETEM nie zrozumiem tego) jest milczenie kiedy ktoś już chce porozmawiać. Nie pozostaje nic innego jak pogratulować dorosłości...